| Rozmowa z mistrzem świata, Tomkiem Kałużnym (Przeprowadzona przez redakcję
biuletynu parafialnego)
Lata wyrzeczeń, trudu, olbrzymiej pracy, wylanego potu, wszystko podporządkowane
jednemu celowi - być najlepszym. Taka jest natura każdego prawdziwego sportowca.
Niedawno zelektryzowała nas wiadomość: Tomasz Kałużny został mistrzem świata
w biegu na nartorolkach. Tych, którzy znają Tomka, jego sukcesy sportowe,
ten tytuł nie zaskoczy, ale na pewno może zaskoczyć tych, którzy sportem
nie interesują się na co dzień. Mieszkać obok mistrza świata, to jednak
rzadkość! Jesteśmy właśnie w mieszkaniu państwa Kałużnych przy ul. Okrężnej.
Oglądamy pokój Tomka. Dziwny to pokój. Zwykłe jest tu tylko biurko i krzesło.
Reszta jest inna. Na ścianach pełno jest dyplomów od podłogi po sufit.
Na półkach stoją puchary oraz pozawieszane są medale, trudno to wszystko
zliczyć. Sam zaś Tomasz - skromny, cichy, pracowity. Żyje sportem, wie
wszystko o sprzęcie, zawodach, innych sportowcach, zna na pamięć wyniki
zawodów, no i trenuje pod kontrolą taty. Chwilę przed nami udzielał wywiadu
Telewizji Polskiej, chętnie zgodził się na rozmowę z nami...
Redakcja: Tradycyjnie, najpierw powiedz nam kilka słów o sobie.
Tomek: Urodziłem się 14 lutego 1980 r. Sport zacząłem uprawiać
od siódmej klasy szkoły podstawowej. Chodziłem do "10 - ki" przy ul. Morcinka.
Tato trenował tam wtedy grupę zawodników narciarstwa biegowego, więc z
nartami miałem styczność od najmłodszych lat. Zafascynowała mnie ta dyscyplina.
Będąc w ósmej klasie zdobyłem swój pierwszy tytuł MISTRZA POLSKI w swej
kategorii wiekowej. Po ukończeniu szkoły podstawowej przez rok do czasu
rozwiązania klubu startowałem w barwach "Julii - Szklarska Poręba". Później
przeszedłem do szkoły mistrzostwa sportowego w Karpaczu. Tam reprezentowałem
klub "Trójwieś Beskidzka" z Bielska Białej. To trwało dwa lata. Potem przeszedłem
na jeden sezon do "Biegu Piastów". Obecnie jestem zawodnikiem Stowarzyszenia
Narciarsko - Wrotkarskiego "Ski - Roll" w Jeleniej Górze. W tym roku ukończyłem
liceum w Karpaczu i zostałem studentem AWF w Katowicach na kierunku nauczycielskim
ze specjalizacją trenerską.
R: Który moment w swoim życiu uważasz za przełomowy?
Tomek: Na pewno był to mój pierwszy złoty medal na mistrzostwach
Polski młodzików w narciarstwie. Uwierzyłem, że mogę w tej dyscyplinie
coś osiągnąć. Ogółem, przez pięć lat startów w samych tylko mistrzostwach
Polski zdobyłem 19 medali (10 złotych, 8 srebrnych i 1 brązowy), z tego
6 medali w kategorii seniorów jeszcze jako junior.
R: Kiedy w twoim życiu pojawiły się nartorolki?
Tomek: Na nartorolkach zacząłem jeździć od 1994 r. Na pierwszych
zawodach o Puchar Świata zająłem ostatnie miejsce, będąc wtedy najmłodszym
zawodnikiem. To była moja pierwsza i jak na razie ostatnia porażka w mojej
karierze. Startowałem z zawodnikami starszymi, a więc dużo silniejszymi
ode mnie.
R: A Jaki największy sukces odniosłeś ostatnio?
Tomek:To były pierwsze oficjalne Mistrzostwa Świata na nartorolkach
pod patronatem Międzynarodowej Organizacji Narciarskiej - FIS odbyły się
w Rotterdamie w Holandii. Składały się na nie: bieg sprinterski, prolog,
bieg pościgowy, bieg drużynowy i sztafeta. Ja startowałem tylko indywidualnie.
W sprincie zabrakło mi tylko 0.1 sekundy, by zakwalifikować się do półfinału.
Biegłem w ostatniej, najsilniejszej grupie zawodników, którzy decydowali
o podziale medali. Wtedy właśnie zaczął padać deszcz. Cała czołówka odpadła,
bowiem jest kolosalna różnica między biegiem na suchej i mokrej nawierzchni.
Następny był prolog, bieg na 10 km. Tu właśnie zdobyłem złoty medal. Na
mecie wyprzedziłem drugiego zawodnika, reprezentanta Szwecji o 4 sekundy.
W biegu pościgowym znowu zaczęło padać, a to preferuje zawodników o lepszej
przyczepności, a więc o większej masie ciała. Ogółem w tych zawodach startowało
ponad 200 zawodników z 24 krajów.
R: Zapewne przywykłeś już do sukcesów. Startowałeś w mistrzostwach
Niemiec, Włoch, Polski, Europy, świata. A jak czujesz się jako mistrz świata?
Tomek: Na pewno jest to bardzo miłe uczucie. Cieszę się ogromnie,
tym bardziej, że ten tytuł przejdzie chyba do historii.. Były to przecież
pierwsze mistrzostwa świata w tej dyscyplinie. Dalej jednak jestem zwyczajnym
człowiekiem. Nie noszę głowy w chmurach. Ten wynik nie zmienił mnie.
R: Zaskoczenia pełnego nie było...
Tomek: No, nie wszyscy liczyli na mnie. W tym roku wygrywałem
wszystkie zawody o Puchar Świata, a więc byłem głównym faworytem.
R: Jak jesteś postrzegany w grupie rówieśników?
Tomek: Z tym jest problem. Kolegów nie mam zbyt wielu. Po prostu
nie starcza mi na to czasu. Moimi kolegami, przyjaciółmi są zawodnicy,
z którymi startuję. Rozumiemy się doskonale, rozmawiamy, mamy te same problemy.
Choć i tu, na Czarnym często spotykam się z życzliwością. Moim wiernym
kibicem jest nasz proboszcz, ksiądz Jerzy. Trudno mi go nazwać moim kolegą,
ale jako były sportowiec, świetnie czuje moje sportowe przeżycia. Cenię
sobie jego duchowe wsparcie.
R: Czy żegnasz się przed startem?
Tomek: Zawsze. Przed każdym startem całuję krzyżyk, który otrzymałem
od mamy i żegnam się. To naprawdę pomaga. Trudne, ciężkie dyscypliny sportu
uczą pokory i przeświadczenia, że nie jestem sam. To dodaje siły. Takie
przeświadczenie, że mogę komuś zawierzyć, czuć się bardziej bezpieczny
przez to.
R: Czym dla ciebie jest sport?
Tomek: Sport traktuję jak zawód. Moim marzeniem jest stać się
jednym z najlepszych sportowców na świecie w swojej dyscyplinie.
Oczywiście, różnie może się przytrafić w życiu, więc nie zaniedbuję nauki.
W tej chwili rozpocząłem studia i w przyszłości chciałbym zająć się trenowaniem.
R: A co jest ważniejsze: rolki czy narty?
Tomek: Przede wszystkim narciarstwo klasyczne. Nartorolki były
środkiem do celu, pomocą w treningu. Mówię były, bo teraz zrobiła się
z tego osobna dyscyplina i poważne traktuję je obie. Nie wiem, jak to dalej
się ułoży, ale na razie startuję tu i tu.
R: Jaką radę chciałbyś przekazać swoim młodszym kolegom?
Tomek: Wiara i silna wola. Trzeba wierzyć w to, co się robi.
Gdybym podchodził do sportu bez wiary, że mi się uda, nie miałoby to większego
sensu. Ważne jest też stawianie poprzeczki coraz wyżej i uparte dążenie
do jej pokonania. No i praca. Bez tego nie osiągnie się wiele. ja sam rocznie
przebiegam na nartach 7000 kilometrów.
R: A jakie masz plany na przyszłość?
Tomek: Za kilka dni wyjeżdżam do Austrii na lodowiec trochę
potrenować. W tym roku bowiem startuję jeszcze na uniwersjadzie, czyli
zimowych akademickich mistrzostwach świata w Zakopanem. Być może wystartuję
na mistrzostwach świata seniorów w Finlandii. Ale to jeszcze się okaże,
bo nie wszystko ode mnie zależy. Wszystko to oczywiście w narciarstwie
klasycznym. W przyszłym roku będą Puchary Świata w nartorolkach, bo mistrzostw
nie ma, odbywają się one co dwa lata. W 2002 r będzie olimpiada w Salt
Lake City. Bardzo chciałbym tam wystartować. Może..., może się uda. Jest
jeden warunek: miejsce w pierwszej trzydziestce Pucharu Świata. Powalczę,
zobaczymy.
R: Dziękujemy za rozmowę i życzymy spełnienia marzeń, wielu
sukcesów z laurem olimpijskim włącznie.
Opuszczając progi domu państwa Kałużnych trudno oprzeć się uczuciu podziwu
dla osiągnięć młodego sportowca. Do wszystkiego doszedł dzięki ciężkiej
pracy oraz opiece sportowej ojca. Obaj się uparli, bo trzeba tu wspomnieć
także o finansach. Wyposażenie narciarza biegowego, to suma kilku tysięcy
zł. Dojazdy na zawody i treningi (rocznie kilkanaście tysięcy km), zakwaterowanie
w hotelach, wyżywienie. Tu na niczym nie można oszczędzać, przecież sprzęt
musi być światowej klasy, tras treningowych też czasem trzeba szukać za
granicą, bo w Polsce takich nie ma. Czy władze naszego miasta dostrzegły
w Tomku możliwość promocji miasta i regionu i okazały pomoc? Na razie bardziej
Tomasza znają i cenią za granicą. Widzieliśmy plakaty i dyplomy z mistrzostw
w Niemczech z podobizną naszego sportowca, jako magnesu przyciągającego
czołówkę światową. Zapraszają Tomka jego koledzy, zawodnicy ze Szwecji
- potęgi w narciarstwie do wspólnego trenowania. Chcą się z nim ścigać
i podpatrywać jego umiejętności. W rozwiniętych krajach podejście do sportu
jest zupełnie inne niż u nas. Tam obiekty sportowe według słów pana Kazimierza
Kałużnego, trenera i ojca Tomasza - są dostępne w każdej gminie. Można
łatwo z nich korzystać przez cały tydzień. A w Polsce? Lepiej było dwadzieścia
lat temu. Było trochę pieniędzy, było trochę sprzętu, oczywiście nie tej
klasy, byli trenerzy chętni do pracy z młodzieżą. Teraz sport zamiera,
bo wymaga trochę pieniędzy, których wszędzie brakuje. A przecież trudno
przecenić jego wychowawczą rolę. Niestety gdy nie ma gdzie trenować, to
zainteresowania kierują się w stronę barów i lokali z mocnymi trunkami.
Widać proces narastania agresji wśród młodzieży, której brak zajęcia po
szkole czy po pracy. Wyładowują swą siłę i trenują dewastując to, co im
się pod rękę nawinie. Może jednak taniej jest inwestować w wychowanie sportowe
młodzieży, niż podnosić składki na ubezpieczenia, płacić na dodatkowe etaty
w policji czy nowe znaki drogowe...No i policja ma mniej pracy.
Z mistrzem świata, Tomaszem Kałużnym rozmawiali Ryszard Sos i Mirosław
Ludorowski.
|