/Z materiałów Katolickiego
Biuletynu Czarnego/
Z cyklu: M I E S Z K A J Ą O B O K
N A S
Dziś
rozmowa z Sybiraczką - panią Janiną Kozłowską - Szumską,
mieszkanką osiedla
Skowronków.
|
|
Redakcja: Po raz pierwszy nie musimy zaczynać rozmowy od prośby o
przedstawienie się. Czyni to Pani sama w swym opowiadaniu, którego druk właśnie
rozpoczynamy. Mówi ono o losach Pani rodziny, wywiezionej przez Rosjan w
syberyjską tajgę. Czy, choć była wtedy Pani dzieckiem, może nam Pani
powiedzieć, jakie były przyczyny tego zesłania?
P. Szumska: Tak naprawdę nie wiem. Do tego, żeby zostać zesłanym wystarczył fakt, że było
się Polakiem. Mogę się jedynie domyślać. Przed wojną ojciec w mej rodzinnej wsi
był sołtysem, co najmniej przez dwie kadencje, a może nawet dłużej, ale tyle
pamiętam na pewno. Ludzie mieli do niego zaufanie, radzili się w wielu
sprawach, nie tylko gospodarskich. Moja rodzina zawsze była polska, rodzice
starannie pielęgnowali w nas uczucie patriotyzmu i przywiązania do Kościoła.
Czytaliśmy polskie książki, śpiewaliśmy polskie pieśni: i religijne, i
narodowe. Każdy dzień ojciec zaczynał śpiewaniem Godzinek. Tego nie zapomnę już
do końca życia. Ile razy będąc w kościele słyszę śpiewane Godzinki, tyle razy
ze wzruszenia nie mogę wydobyć głosu. Zawsze staje przede mną obraz
śpiewającego ojca. Takiego go zapamiętałam. Ciężko pracującego na
gospodarstwie, kochającego Polskę i wiernego Katolika, bo Kościół był zawsze
ważny w naszej rodzinie. I to chyba bardzo przeszkadzało Rosjanom, ponieważ nie
wywieźli nikogo prócz nas (z wyjątkiem jednej osoby) z naszej wsi.
R: Tę krótką rozmowę przerywamy i traktujemy jako wprowadzenie
do lektury wspomnień z zesłania do Rosji, których treść publikujemy za zgodą
autorki. Po zakończeniu publikacji powrócimy do rozmowy m. in. o jej losach
powojennych.
Ryszard Sos