MATERIAŁY KATOLICKIEGO BIULETYNU CZARNEGO
Z cyklu:

Dzisiejszą rozmową chcemy powrócić do nieco zaniedbywanej
ostatnio rubryki ,,Mieszkają obok nas". Rozmowa ta będzie nieco inna od
wcześniejszych, bowiem dzisiejszym gościem, o ile tak można to określić będzie
osoba, która właśnie je przeprowadzała. Jest nim Ryszard Sos, pomysłodawca
"Biuletynu" i jego pierwszy redaktor. Aby dopełnić tej swoistej
niecodzienności rozmowę z nim przeprowadzi stała czytelniczka (także od
pierwszego numeru) - Alicja Niziołek.
p.
Alicja: Nie sposób rozmowy z
tobą nie zacząć od pytania o początki biuletynu.
p.
Ryszard: Pomysł stworzenia
takiego biuletynu nie jest oczywiście nowatorski. W całym kraju, przy wielu
parafiach istnieją takie periodyki.
Takie
pisma a raczej pisemka nie powstają niestety same. Wymaga to pewnego wysiłku,
nie tylko kreatywnego ale i organizacyjnego. Nie wszystkie pomysły udaje się
zrealizować, głównie z powodu szczupłości zaplecza technicznego, choć na pewno
dzisiejszy "Biuletyn" różni się od tego pierwszego z 1998 roku.
Niezmienny pozostał jedynie format, ale największym sukcesem
"Biuletynu" nie jest to, że wydawany jest na lepszym papierze czy z
większą ilością co raz lepszych jakościowo fotografii. Największy sukces to
ludzie. Pamiętam pierwsze numery, w których 75% zamieszczanych tekstów to były
tylko moje teksty i ilustracje wykonywane przez moją żonę Krystynę. W tej
chwili "Biuletyn" tworzy grupa kilkunastoosobowa, a niektóre teksty z
powodu braku miejsca musimy przenosić do następnego numeru. Stałym naszym
współpracownikiem jest Wojciech Jankowski, były dziennikarz" Gazety
Wyborczej"', obecnie także piszący do wszystkich ważniejszych czasopism
dolnośląskich. Zamieszczamy artykuły znanych w jeleniogórskim środowisku
dziennikarskim Marii Sucheckiej czy Ivo Łaborewicza.
Mamy
nadzieję, że ich także uda się namówić do stałej współpracy. Ostatnio nadany
nam Międzynarodowy Numer Statystyczny Czasopism /ISSN/ sprawił, że staliśmy się
pismem oficjalnym, a to już do czegoś zobowiązuje.
p.
Alicja: Podczas
redagowania pisma spotykałeś się z wieloma ciekawymi ludźmi, które rozmowy
zapadły ci szczególnie w pamięci?
Ryszard: Każda rozmowa z drugim człowiekiem coś ci
daje. To nie tylko formacja kulturowa, intelektualna, ale często lekcja odwagi,
patriotyzmu, charakteru, pewnego wyczulenia na potrzeby innych. Dziś ten
kontakt jest bardzo utrudniony. Ludzie uciekając od "hałasu świata"
dość szczelnie zamykają drzwi swoich domów. Niekiedy pukać trzeba bardzo długo,
ale uwierz mi, opłaca się. Często nie zdajemy sobie sprawy z tego, kto naprawdę
mieszka obok nas. Wiele osób, szczególnie starszych wiekiem ma wiele do
przekazania ze swego doświadczenia życiowego. To koniecznie trzeba wykorzystać.
Do tej pory doskonale pamiętam pierwszą rozmowę, którą przeprowadziłem z p.
Władysławem Małym, żołnierzem, który wraz z I Armią Wojska Polskiego
przewędrował cały jej szlak bojowy, aż do Berlina. Takiej lekcji patriotyzmu
nie przeprowadzi żaden nauczyciel w szkole. A tego nie wolno zaniedbywać,
bowiem takie pojęcia jak "ojczyzna" czy "patriotyzm" dla
współczesnej młodzieży stają się abstrakcją. Z rozmów, które pozostawiły
niezatarte wrażenie do dziś wspominam także wywiad sprzed czterech lat z ks. dr
Markiem Adaszkiem, wybitnym liturgistą, wykładowcą Wyższego Seminarium
Duchownego w Legnicy. Rozmawialiśmy bardzo długo. Rozmowa szybko wybiegła poza
ramy wywiadu. To on nauczył mnie właściwego przeżywania liturgii mszy św.,
modlitwy osobistej. Zwrócił uwagę na momenty dotąd przeze mnie nie dostrzegane.
Myślę, że każdy powinien przeżyć taką rozmowę z mądrym kapłanem. To daje
pewność.
p.
Alicja: Redagowanie
"Biuletynu " to same zwycięstwa?
p.
Ryszard: Oczywiście, że nie.
Jak w każdym działaniu zdarzają się także porażki. W naszym dworze koncertował
Leszek Wójtowicz, gwiazda krakowskiej "Piwnicy pod Baranami". Po
występie zgodził się na wywiad do naszego "Biuletynu". Mieliśmy go
przeprowadzić e-mailowo. Anonsowaliśmy to nawet na łamach pisma, ale mimo
kilkakrotnych prób nie udało się nawiązać z nim kontaktu. To taki przykład,
który akurat przychodzi mi na myśl. Jest też moja wielka, osobista porażka.
Otrzymałem informację, że na naszym osiedlu mieszka córka adiutanta gen.
Sosnkowskiego, jednego z założycieli Legionów Polskich i Naczelnego Wodza.
Wiadomość wręcz sensacyjna. Czekałem na stosowny moment przeprowadzenia rozmowy
i zweryfikowania tej informacji. Zwlekałem za długo...
p.
Alicja: Twoja praca w
parafii to nie tylko "Biuletyn ", to także przewodzenie parafialnej
grupie Stowarzyszenia Rodzin Katolickich. Jaki jest cel i zadania tego
stowarzyszenia?
p.
Ryszard: Stowarzyszenie Rodzin
Katolickich działa w łączności z Kościołem hierarchicznym. Jego celem jest
kształcenie życia małżeńskiego i rodzinnego zgodnie z etyką katolicką. Do
głównych zadań należy przede wszystkim pogłębianie formacji religijnej i
kultury życia rodzinnego, wspieranie jego członków w trosce o właściwe warunki
wychowania dzieci i młodzieży, a także podejmowanie wszelkich działań mających
pomóc rodzinie. Członkiem stowarzyszenia może być każda osoba pełnoletnia,
która swą postawą moralną daje gwarancję realizacji tych celów. Dlatego
wszystkich chętnych przystąpienia do naszej wspólnoty zapraszamy na nasze
spotkania. Każde takie spotkanie jest wcześniej zapowiadane przez ks.
proboszcza w ogłoszeniach parafialnych.
p.
Alicja: Pomówmy teraz
o tobie samym, o twoich upodobaniach. Co robisz, gdy znajdziesz jakaś wolną
chwilę?
p.
Ryszard: Jak każdy tych
wolnych chwil nie mam zbyt wiele. Zawsze znajdzie się coś, co koniecznie,
akurat w tym momencie trzeba zrobić. Gdy jednak taka chwila się wydarzy, to
najchętniej wtedy słucham muzyki. Zdecydowanie preferuję muzykę klasyczną i
tzw. rock symfoniczny. Najchętniej słucham Beethovena, Chopina, Czajkowskiego i
Griega, a z grup rockowych gwiazdy lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych,
takie jak Yes, King Crimson, Jethro Tull czy Pink Floyd. Chętnie też słucham
musicali i rock-oper Andrew Lloyd Webera. Choć nieraz lubię posłuchać też
ostrzejszej muzyki, choćby Deep Purple czy Led Zeppelin. Uwielbiam też czytać
poezję, głównie romantyczną. Tu ponad wszystkich stawiam osobę Słowackiego. To
absolutny geniusz myśli, nastroju, słowa. Choć Norwid też niewiele mu ustępuje.
Za każdym razem, gdy sięgam po ich strofy, choć znam je na pamięć, przeżywam od
nowa. Teraz jeszcze realizuję coś, co mnie intrygowało od dawna. Tworzę kronikę
rodzinną. Kompletuję zdjęcia, chronologizuję fakty. To wspaniałe zajęcie.
Każdemu polecam.
p.
Alicja: Niedawno
skończyłeś 50 lat, pól wieku to sporo, czy pięćdziesięcioletni mężczyzna ma
jeszcze jakieś marzenia?
p.
Ryszard: Moim największym
marzeniem i motorem działania zawsze jest szczęście rodziny, moich dzieci,
dwójki wnucząt, choć jedna skończyła dopiero miesiąc życia. Rodzina to magia.
Jej szczęście to wystarczający powód, dla którego warto żyć. Domyślam się
jednak, że nie o to pytasz. Moje marzenia związane są z jednym miejscem. Jest
nim galicyjska, choć teraz poprawniej byłoby powiedzieć podkarpacka wieś
Szówsko koło Jarosławia. To naprawdę mistyczne miejsce. Miejsce, w którym
urodzili się moi rodzice, gdzie mieszkali moi ukochani dziadkowie. Dzięki Bogu,
spora część mojej rodziny ciągle tam mieszka. Każdego roku, choć na parę dni
staram się tam pojechać, aby, jak to potocznie zwykło się określać, naładować
akumulatory na następny rok. Ostatnio, z różnych powodów nie mogłem tam być.
Przeżywam to strasznie. Uwierz mi, że nie ma dnia, żebym nie myślał o tym
miejscu, o tych ludziach. Takich ludzi nie spotkasz nigdzie indziej. To także
magia. A marzenie? Zbliżają się święta Bożego Narodzenia. To jest właśnie
marzenie. Święta Bożego Narodzenia w Szówsku. Wśród bezbrzeżnych, pokrytych
czystym, białym puchem pól, wierzb, uginających się od nadmiaru śniegu, z długą
drogą z kościoła, gdzie "Bóg się rodzi" na pewno brzmi inaczej, z
kolorowym opłatkiem dla bydła, ze snopem zboża w kącie izby. Może kiedyś uda mi
się to marzenie spełnić.
p.
Alicja: Dziękując za rozmowę,
życzę Ci, aby nie tylko to marzenie udało się spełnić.
Z Ryszardem Sosem rozmawiała
Alicja Niziołek