Z cyklu:
Mieszkają obok nas
![]()
40 lat to kawał czasu. Tyle właśnie mieszka wśród nas
p. Kazimiera Dąbrowska, nauczycielka Szkoły Podstawowej w Czarnem w latach
1965-73, a po jej likwidacji Szkoły Podstawowej nr 10 w Jeleniej Górze i na
powrót po uruchomieniu SP nr 18 jej dyrektorka, a od 1996 roku emerytka. Nie
tylko nauczyciel, ale i społecznik radna w latach 1994-98, otwarta na
współpracę z lokalnym Kościołem, naszym Dworem, muzeami i różnymi innymi
ośrodkami kultury. Kocha jazdę na rowerze jej damka ma już ponad ćwierć
wieku, ale przy dobrej pogodzie jest niezastąpiona. Uwielbia wycieczki,
szczególnie w góry. Kiedyś z uczniami, obecnie z wnukami, dziećmi sąsiadów,
oczywiście pieszo odwiedza ulubione miejsca. W czasie roku szkolnego stanowi
jednoosobowe pogotowie matematyczne, co jej odpowiada. Rażą ją niepoprawne
matematyczne wyrażenia typu większa połowa, cyfra 2005 itp. Chętnie
włącza się w życie naszej lokalnej społeczności nie szczędząc czasu i sił do
popierania rzeczy istotnych, ważnych nie tylko dla nas, ale i dla naszych
dzieci, wnuków. Nie unika rozmów z ludźmi, przekonuje ich do wspierania
finansowego ważnych poczynań ks. proboszcza. Ma efekty dzięki zrozumieniu tych,
do których się zwraca. Przez te 40 lat nazbierało się u niej wiele przemyśleń,
obserwacji, prób podsumowania tego, co do tej pory udało się jej osiągnąć, co
jeszcze przed nią... Oto garść jej refleksji:
-
Dlaczego zostałam nauczycielką?
-
Może komuś wydać się to śmieszne, ale
decyzję podjęłam w wieku 10 lat. U sąsiada zamieszkała młoda nauczycielka,
która mnie uczyła. Było to w niewielkiej wiosce Radomice
koło Pilchowic. Rodzice prowadzili gospodarstwo rolne. Mama miała na lato dwie
ładne sukienki, w których chodziła do kościoła, a po powrocie do domu
zdejmowała je. Natomiast podziwiana przeze mnie nauczycielka chodziła ładnie
ubrana cały dzień. A drugi powód? Otóż zapracowana mama nie miała czasu i sił
przygotowywać nam wymyślnych kolacji. Najczęściej był to drobiony chleb zalany
mlekiem i biały ser. Zaś moja nauczycielka wysyłała mnie często po bułki i
jadła je z gotowanym mlekiem. Poczęstowała mnie. Bardzo mi to smakowało i
obiecałam sobie, że jak będę nauczycielką, będę tak jadła, jak ona. Dzięki
dużej ilości zjadanego nabiału do dziś nie mam problemu z osteoporozą. W
zabawach z rówieśnikami zawsze byłam nauczycielką. Miałam dziennik, stawiałam
stopnie. Odkąd nauczyłam się czytać, czytanie w wolnych chwilach było moją
pasją. Pasąc krowy, czytałam, czytałam, czytałam... Zdarzało się, że gdy
oderwałam wzrok od książki krowy były w burakach czy w zbożu. Ta moja pasja
przydała się na egzaminie wstępnym do liceum pedagogicznego. Polonistka w
trakcie egzaminu ustnego zapytała, co ostatnio czytałam. Odpowiedziałam, że
trylogię Sienkiewicza. Popatrzyła na mnie z niedowierzaniem i zaczęła wypytywać
o szczególiki. Znałam je. Była naprawdę zdziwiona, że wiejskie dziecko ma taką
wiedzę, tyle zainteresowań. Zawsze łatwo było mi przyswoić wiedzę matematyczną.
Do ukończenia piątego roku życia mieszkałam w woj. lubelskim. Córka sąsiada z
II klasy uczyła się tabliczki mnożenia do 20. Bardzo mi się to podobało i
mechanicznie, bezbłędnie, nie rozumiejąc, o co chodzi nauczyłam się jej na
pamięć. Sąsiedzi mieli ubaw, nie mogli wyjść z
podziwu, zaczepiali mnie przepytując.
-
Dlaczego trafiłam do Czarnego?
-
Nie chwaląc się mam świadectwo
dojrzałości ze średnią 4,86 /wówczas szóstek nie było/, dlatego przyjmująca
mnie do pracy kadrowa zaproponowała mi do wyboru 12 szkół w Jeleniej Górze i
okolicy. Pierwsze na liście było Czarne wówczas wioska w gminie Łomnica.
Dotarłam tu początkiem wakacji. Trafiłam na wspaniałego człowieka, pana Tadeusza
Millera /już nieżyjącego/. Po rozmowie z nim byłam pewna, że znalazłam swoje
nowe miejsce na ziemi. Druga sprawa to mieszkanie, które tu otrzymałam.
Zależało mi na nim, bo mam czworo rodzeństwa i nie chciałam, by oni musieli być
w internacie tak jak ja przez 5 lat. Matkowałam im. Są mi wdzięczni. Dali temu
wyraz w czasie mojej choroby. Byli przy mnie. Mówią o mnie nasza druga mama.
-
Ponad pół wieku trwa już mój kontakt z
robieniem na drutach. Byłam w I klasie szkoły podstawowej. Ojciec hodował owce,
babcia na wrzecionie przędła wełnę, a mnie zimą, gdy nie trzeba było paść krów,
wysyłano do sąsiadki bym poznawała tajniki dziewiarstwa. Jak na ironię ojciec
wziął ze starego roweru 5 zardzewiałych szprych, dał mi to do rąk z poleceniem,
że mam zrobić skarpety, bo są najpotrzebniejsze. Był
to rok 1953. Łzy mi ciekły, ale uparcie pod okiem sąsiadki zrobiłam, co mi
kazano. Były one twarde, zbite, mogły służyć za buty, ale były. Uwielbiam
doprowadzać sprawę do końca. Cieszy mnie, gdy zakończę robótkę, pozszywam.
Siedzenie przed telewizorem bez robótki uważam za grzech.
-
Dlaczego Dąbrowska /wcześniej
Dmitroca/?
-
I znów z perspektywy lat widzę dwa
powody. Pierwszy to ten, że podobała mi się ówczesna atmosfera w rodzinie
teściów, a drugi /może i głupi/, nigdy nie zawiesiłam oka na niskim mężczyźnie.
Zdzisław był wysoki. To on pierwszy z Elą Obarską przyszedł do mnie, do mojego
mieszkania na początku mojej pracy poinformować mnie i siostry o działającym
klubie. Mieścił się on e budynku, w którym obecnie mieszkam, a prowadził go
wówczas kierownik szkoły pan Stanisław Citków.
-
Dlaczego byłam radną w latach 1994-98?
-
O to należy zapytać naszego Proboszcza.
Przed wyborami poprosił mnie, abym kandydowała. Wcale mnie to nie ucieszyło.
Ksiądz zapewniał, że na pewno mnie nie wybiorą, przede mną na liście jest
sześciu znanych społeczeństwu mężczyzn, więc to oni mają szansę. Stało się
inaczej. Idę do księdza ze słowami i co teraz będzie?. Słyszę jego odpowiedź:
ostatni będą pierwszymi.
-
Czy byłam zadowolona z pracy w radzie?
-
Nie do końca, ale uważam, że jeśli
ktokolwiek z nas będzie nas reprezentował, to sprawy pilne, może powoli, ale
będą się posuwały do przodu. Jestem zwolennikiem pilnowania własnego
podwórka.
-
Czy jestem zadowolona z tego, co robię?
-
Generalnie tak. Dzięki Bogu moje życie
zawodowe było w miarę satysfakcjonujące. Trafiłam na mądrych, rozsądnych
zwierzchników, śp. Tadeusza Millera, a następnie Ryszarda Maliszewskiego. Gdy
sama zostałam dyrektorem szkoły, z koleżankami znacznie młodszymi ode mnie
potrafiłam się porozumieć. Do takiej małej, przytulnej, przyjaznej uczniom i
pracownikom szkoły aż chciało się iść. Mieliśmy wielu sponsorów, którzy chętnie
nam pomagali. Wręczaliśmy im podziękowania wykorzystując myśl naszego rodaka
Jana Pawła II - człowiek jest wielki nie przez to, co ma, lecz przez to, czym
dzieli się z innymi. Żal mi, że szkoła ta została zlikwidowana, ale wiem, że
to sprawa niżu demograficznego. Jak na ironię losu, gdy moje dziecko szło do
szkoły, szkoła u nas została zamknięta. Udało mi się,
głównie dzięki pomocy p. Stanisława Grodzkiego uruchomić ją w roku 1985. Gdy
moje wnuki dorosły do wieku szkolnego, znów szkoły nie ma. W tym czasie
odwiedziłam wszystkie rodziny naszego osiedla w celu stwierdzenia, ile mamy
dzieci. Okazało się, że jest od 5 do 10, z poszczególnych roczników. A
wcześniej, tzn. w latach 1965-73 mieliśmy w ośmioklasowej szkole po
kilkanaścioro dzieci, a rodzin było znacznie mniej. Z faktami się nie
dyskutuje.
-
Dlaczego matematyka?
-
Ukończyłam w 1965 roku wspaniale
przygotowujące do pracy liceum pedagogiczne. W pierwszym roku pracy Bóg jeden
wie, czego ja nie uczyłam. Była to m.in. historia, j. rosyjski, j. polski,
matematyka. I właśnie na lekcjach matematyki czułam się najlepiej. Patrząc na
buzie uczniów wiedziałam, kto myśli, a kto buja w obłokach. I tak było w
następnych latach pracy i tak
jest do dziś. Nigdy nie robiłam z matematyki straszaka. Zawsze pokazywałam
użyteczność tego, czego się uczymy w życiu. Szybko okazało się, że matematyka
będzie mi towarzyszyć nadal. Stanowię matematyczne pogotowie ratunkowe dla
potrzebujących. To cieszy, gdy dziecko, które przeważnie otrzymywało jedynki, a
po kilku spotkaniach ze mną nabrało odwagi, zgłasza się na lekcjach, pisze
prace klasowe oceniane pozytywnie.
-
Zauważają to uczniowie, nauczyciel.
Dziecko jest szczęśliwe, mówi do matki pani Kazia uratowała mi życie. Dla
mnie jest to niewymierna nagroda za to, co robię. Jeśli Bóg pozwoli, będę to
robić nadal. Okazuje się, że potrzebujących nie brakuje. Przechodząc na
emeryturę, nie myślałam, co będę robiła dalej. Były już wnuki, moje dwa skarby.
Nie zapomnę wspaniałego uczucia, gdy pierwszy raz wzięłam Piotrusia na ręce. To
nie to samo, co własne dziecko. Następny skarb, to ponad stuletni
piec w moim mieszkaniu. Warto go zobaczyć. Zapraszam Czarnoleska 17/2. Nigdy
nie zapomnę błysku radości na jego widok w oczach człowieka, który przy nim się
urodził i wychował. Rokrocznie, gdy jest w Polsce przyjeżdża tu z żoną i
dziećmi. To on mi powiedział cztery lata temu o 700-leciu Czarnego i o tym, że
wszyscy nadający się do podróży przedwojenni mieszkańcy Czarnego planują
odwiedzić swą rodzinną miejscowość.
-
Może coś więcej o pomaganiu
potrzebującym?
-
Już kiedyś z Basią Ludorowską
napisałyśmy na łamach Biuletynu artykuł Być dobrym. Czy jestem dobra? nie do mnie należy ocena, ale sama wielokrotnie
doświadczyłam, jak dobro wraca. W ważnej chwili pomogłam koleżance z liceum w
matematyce. Kontakt po zdaniu matury się urwał. Minęło 20 lat. Moja dawna
koleżanka piastuje ważne stanowisko, ja mam załatwić sprawę, w której ona może
mi pomóc. Po wejściu do jej gabinetu i naświetleniu problemu słyszę
Kaziunia, pewnie, że ci pomogę. Tego, co dla mnie zrobiłaś, do śmierci ci nie
zapomnę. Innym razem poproszona przez koleżankę o pomoc w sprawie bardzo istotnej
dla niej, uczyniłam to. Nie było to trudne, byłam wówczas wielką dyrektorką
małej szkoły. Nie wiedziałam wtedy, że ona pisze wiersze. Na zakończenie roku
szkolnego położyła mi na biurku karteczkę ze swoim wierszem podziękowaniem
dla mnie. Do dziś ją noszę przy sobie. Takie momenty mnie wzruszają. Są
bodźcem, by pomagać, gdy widzę potrzebującego. Talentów się nie zakopuje,
trzeba nimi obracać, to nie ja wymyśliłam. Nie biorąc od rodziców pieniędzy za
prostowanie zawiłości matematycznych ich pociech doświadczam dobra z ich
strony, użyczają własnych pojazdów, by mi pomóc, dokonują napraw w moim domu,
dają to, czego ja nie mam, a bywa mi potrzebne. Jak słyszę o stawkach za
korepetycje, przeraża mnie to. Dla mnie liczy się to,
że rodzice rozumieją potrzebę pomocy dzieciom, a dzieci chcą z niej skorzystać.
Ciąg dalszy
wspomnień, refleksji p. Kazimiery Dąbrowskiej już w następnym Biuletynie.
Przeczytamy m.in. o Dworze Czarne, zmianach w osiedlu, parafii i wielu innych,
istotnych dla nas sprawach. Będzie jeszcze ciekawiej. Zapraszamy do lektury.
Kazimiera
Dąbrowska