
Redakcja: Na początek można prosić o przedstawienie się naszym
czytelnikom?
Pan
Ivo Łaborewicz: Jestem
absolwentem wydziału historii Uniwersytetu Wrocławskiego. Pracuję jako
kierownik Archiwum Państwowego w Jeleniej Górze. Jestem jeleniogórzaninem z
urodzenia i od urodzenia związany z tym miastem. Pełnię także funkcję prezesa
Towarzystwa Przyjaciół Jeleniej Góry. Redaguję też "Rocznik
Jeleniogórski". Moje zainteresowanie to oczywiście głównie historia miasta
i regionu Karkonoszy. Udało mi się do tej pory wydać kilka pozycji książkowych,
jak "Słownik nazw ulic Jeleniej Góry", wcześniej podobny wydałem dla
miasta Jawora. Obecnie w sprzedaży znajdują się "Legendy i podania
Jeleniej Góry", zebrane
i opracowane przeze mnie. Wcześniej, bo w roku 1984 wydałem przewodnik po
mieście. Jestem stałym współpracownikiem miesięcznika "Sudety",
pisuję także do wielu innych regionalnych i nie tylko regionalnych periodyków.
W swojej pracy staram się wyszukiwać rzeczy, o których wcześniej się nie
pisało, a jeśli już się pisało to nie zawsze wszystko i to z różnych względów.
R: Skąd u Pana te zaminowania historyczne?
p.
Ivo Ł.: Jest to chyba efekt
bakcyla zaszczepionego przez mojego tatę, który zawsze zabierał mnie na
wycieczki po okolicy. Na wycieczkach tych odkrywałem rzeczy i sprawy dla mnie
nieznane, które starałem się poznać. Wiele obiektów niszczeje, zarasta trawą,
pamięć o nich zanika. Ja zawsze lubiłem doszukiwać ich
historii, poznawać ich dzieje i pochodzenie. Było i jest to dla mnie i dla
mojej pracy cenne, bowiem wiele z nich już po prostu nie istnieje, zniszczone
czy to przez czas, czy to przez ludzi. A zaczęło się to od turystyki,
wycieczek, najpierw z tatą, potem prowadzonych przez p. Stecia. Uczestniczyłem
w jego wykładach, zaglądałem do źródeł Nie było przypadkiem, że ukończyłem
właśnie historię. Robię to co lubię.
R: Jak wygląda Pana praca nad książką?
p.
Ivo Ł.: Nie jestem literatem. Są to książki innego rodzaju. Posłużę
się przykładem "Słownika nazw ulic JG". W mojej pracy zawodowej
wielokrotnie musiałem sięgać do źródeł i doszukiwać się jak jakaś ulica
nazywała się wcześniej. Poszukiwania te wciągały mnie coraz bardziej, gdyż
okazywało się, że ulica ta jeszcze wcześniej nazywała się jeszcze inaczej. Postanowiłem więc nazwy te usystematyzować i zrobił się
wcale niemały słownik. Bardzo często zdarza się tak, że pracując nad czymś odkrywa się coś nowego,
niespodziewanego, co niemalże zmusza do dalszych dociekań. W ten sposób
doszukujemy się wielu ciekawych informacji, które mogą posłużyć później w
realizacji kolejnego zamierzenia. A każda taka wiadomość to przecież nowy
pomnik historii, z czego często nie zdajemy sobie sprawy. Praca historyka to
najczęściej żmudne przeglądanie źródeł. Przeglądnięcie wszystkich, z reguły
jest niemożliwe, gdyż albo jest ich za dużo, albo są tak rozproszone, że nie
sposób ich ogarnąć. W takiej pracy dochodzi więc i
element szczęścia.
R: Nad czym Pan teraz pracuje?
p.
Ivo Ł.: Aktualnie pracuję
nad historią Urzędu Stanu Cywilnego w Jeleniej Górze. Zebrało się też
następnych, chyba z trzydzieści legend jeleniogórskich, może popracuję nad
drugą częścią "Legend...". Kiedyś chciałem napisać historie
miejscowości jeleniogórskich. Mówię o takich miejscowościach jak Czarne,
Grabary, Strupice. Potem ten temat zarzuciłem, ale teraz myślę, że do tego
wrócę. Wcześniej nawet nie wiedziałem, że istnieje tyle informacji o Czarnem.
Chyba zacznę więc od waszej miejscowości. Obecnie pracuję
też nad paroma takimi "drobiazgami". i~ .zlecenie "Słowa Polskiego" piszę o historii
wybranych budynków jeleniogórskich.
R: O czym może marzyć historyk?
p.
Ivo Ł.: O odnalezieniu
"dagome iudex" czyli najstarszego dokumentu, mówiącego o
początkach państwa polskiego. Może nie o początkach państwa, gdyż wydaje mi
się, że państwo musiało tu istnieć dawno, ale o początkach chrześcijaństwa w
Polsce. Nie musi to być nawet taki stary dokument, ale taki, do którego nikt
jeszcze nie dotarł, a który wnosiłby do historii coś istotnego, nowego. Jeśli
chodzi o temat - marzenie, to chciałbym opisać dzieje archiwum, w którym
pracuję. Powoli to nawet robię, choć wiem, że zainteresuje to niewielką grupę
osób. Archiwistów w Polsce mamy około siedmiuset. Poza tym chciałbym też
odtworzyć historię własnej rodziny, stworzyć coś w rodzaju kroniki.
R: Wiem, że wiele osób, ja również, myśli o takim
przedsięwzięciu, by jak najgłębiej wejść w dzieje .swych
rodzin. Co Pan, jako, fachowiec mógłby takim osobom poradzić?
p.
Ivo Ł.: Taka praca wymaga
wiele samozaparcia, a i też wiele szczęścia. Mam znajomego, który w swych
poszukiwaniach dotarł do początków XVII wieku, to naprawdę bardzo daleko.
Kosztuje to sporo wysiłku, także finansowego. Przy takich poszukiwaniach trzeba
znać przede wszystkim podstawową zasadę. Akta dotyczące danej sprawy
przechowywane są tam, gdzie zostały sporządzone, a więc kierować trzeba się do
miejsc, w którym dane wydarzenie zaistniało. Trzeba wziąć swoją metrykę,
metrykę rodziców i posuwając się wstecz docierać do miejsc, w których rodzice,
dziadkowie się urodzili. Kierować swe kroki należy przede wszystkim do urzędów
stanu cywilnego. Trzeba jednak pamiętać, że urzędy przechowują swe akta. tylko przez sto lat. Później przekazują je do archiwów
państwowych. Urzędy stanu cywilnego są instytucjami młodymi. Na Śląsku powstały
w 1874 roku, w pozostałych regionach Polski jeszcze później. Pozostają
więc parafie. Trzeba wiedzieć, w jakiej parafii dane wydarzenie miało
miejsce. Jest to takie żmudne poszukiwanie, krok po la-oku cofając się wstecz.
R: Życzę Panu dotarcia do "dagome iudex" serdecznie
dziękuję za rozmowę.