Z materiałów Katolickiego Biuletynu Czarnego październik 2003

Redakcja: Na początek można prosić o przedstawienie się naszym czytelnikom?

Pan Ivo Łaborewicz: Jestem absolwentem wydziału historii Uniwersytetu Wrocławskiego. Pracuję jako kierownik Archiwum Państwowego w Jeleniej Górze. Jestem jeleniogórzaninem z urodzenia i od urodzenia związany z tym miastem. Pełnię także funkcję prezesa Towarzystwa Przyjaciół Jeleniej Góry. Redaguję też "Rocznik Jeleniogórski". Moje zainteresowanie to oczywiście głównie historia miasta i regionu Karkonoszy. Udało mi się do tej pory wydać kilka pozycji książkowych, jak "Słownik nazw ulic Jeleniej Góry", wcześniej podobny wydałem dla miasta Jawora. Obecnie w sprzedaży znajdują się "Legendy i podania Jeleniej Góry", zebrane
i opracowane przeze mnie. Wcześniej, bo w roku 1984 wydałem przewodnik po mieście. Jestem stałym współpracownikiem miesięcznika "Sudety", pisuję także do wielu innych regionalnych i nie tylko regionalnych periodyków. W swojej pracy staram się wyszukiwać rzeczy, o których wcześniej się nie pisało, a jeśli już się pisało to nie zawsze wszystko i to z różnych względów.

R: Skąd u Pana te zaminowania historyczne?

p. Ivo Ł.: Jest to chyba efekt bakcyla zaszczepionego przez mojego tatę, który zawsze zabierał mnie na wycieczki po okolicy. Na wycieczkach tych odkrywałem rzeczy i sprawy dla mnie nieznane, które starałem się poznać. Wiele obiektów niszczeje, zarasta trawą, pamięć o nich zanika. Ja zawsze lubiłem doszukiwać ich historii, poznawać ich dzieje i pochodzenie. Było i jest to dla mnie i dla mojej pracy cenne, bowiem wiele z nich już po prostu nie istnieje, zniszczone czy to przez czas, czy to przez ludzi. A zaczęło się to od turystyki, wycieczek, najpierw z tatą, potem prowadzonych przez p. Stecia. Uczestniczyłem w jego wykładach, zaglądałem do źródeł Nie było przypadkiem, że ukończyłem właśnie historię. Robię to co lubię.

R: Jak wygląda Pana praca nad książką?

p. Ivo Ł.: Nie jestem literatem. Są to książki innego rodzaju. Posłużę się przykładem "Słownika nazw ulic JG". W mojej pracy zawodowej wielokrotnie musiałem sięgać do źródeł i doszukiwać się jak jakaś ulica nazywała się wcześniej. Poszukiwania te wciągały mnie coraz bardziej, gdyż okazywało się, że ulica ta jeszcze wcześniej nazywała się jeszcze inaczej. Postanowiłem więc nazwy te usystematyzować i zrobił się wcale niemały słownik. Bardzo często zdarza się tak, że pracując nad czymś odkrywa się coś nowego, niespodziewanego, co niemalże zmusza do dalszych dociekań. W ten sposób doszukujemy się wielu ciekawych informacji, które mogą posłużyć później w realizacji kolejnego zamierzenia. A każda taka wiadomość to przecież nowy pomnik historii, z czego często nie zdajemy sobie sprawy. Praca historyka to najczęściej żmudne przeglądanie źródeł. Przeglądnięcie wszystkich, z reguły jest niemożliwe, gdyż albo jest ich za dużo, albo są tak rozproszone, że nie sposób ich ogarnąć. W takiej pracy dochodzi więc i element szczęścia.

R: Nad czym Pan teraz pracuje?

p. Ivo Ł.: Aktualnie pracuję nad historią Urzędu Stanu Cywilnego w Jeleniej Górze. Zebrało się też następnych, chyba z trzydzieści legend jeleniogórskich, może popracuję nad drugą częścią "Legend...". Kiedyś chciałem napisać historie miejscowości jeleniogórskich. Mówię o takich miejscowościach jak Czarne, Grabary, Strupice. Potem ten temat zarzuciłem, ale teraz myślę, że do tego wrócę. Wcześniej nawet nie wiedziałem, że istnieje tyle informacji o Czarnem. Chyba zacznę więc od waszej miejscowości. Obecnie pracuję też nad paroma takimi "drobiazgami". i~ .zlecenie "Słowa Polskiego" piszę o historii wybranych budynków jeleniogórskich.

R: O czym może marzyć historyk?

p. Ivo Ł.: O odnalezieniu "dagome iudex" czyli najstarszego dokumentu, mówiącego o początkach państwa polskiego. Może nie o początkach państwa, gdyż wydaje mi się, że państwo musiało tu istnieć dawno, ale o początkach chrześcijaństwa w Polsce. Nie musi to być nawet taki stary dokument, ale taki, do którego nikt jeszcze nie dotarł, a który wnosiłby do historii coś istotnego, nowego. Jeśli chodzi o temat - marzenie, to chciałbym opisać dzieje archiwum, w którym pracuję. Powoli to nawet robię, choć wiem, że zainteresuje to niewielką grupę osób. Archiwistów w Polsce mamy około siedmiuset. Poza tym chciałbym też odtworzyć historię własnej rodziny, stworzyć coś w rodzaju kroniki.

R: Wiem, że wiele osób, ja również, myśli o takim przedsięwzięciu, by jak najgłębiej wejść w dzieje .swych rodzin. Co Pan, jako, fachowiec mógłby takim osobom poradzić?

p. Ivo Ł.: Taka praca wymaga wiele samozaparcia, a i też wiele szczęścia. Mam znajomego, który w swych poszukiwaniach dotarł do początków XVII wieku, to naprawdę bardzo daleko. Kosztuje to sporo wysiłku, także finansowego. Przy takich poszukiwaniach trzeba znać przede wszystkim podstawową zasadę. Akta dotyczące danej sprawy przechowywane są tam, gdzie zostały sporządzone, a więc kierować trzeba się do miejsc, w którym dane wydarzenie zaistniało. Trzeba wziąć swoją metrykę, metrykę rodziców i posuwając się wstecz docierać do miejsc, w których rodzice, dziadkowie się urodzili. Kierować swe kroki należy przede wszystkim do urzędów stanu cywilnego. Trzeba jednak pamiętać, że urzędy przechowują swe akta. tylko przez sto lat. Później przekazują je do archiwów państwowych. Urzędy stanu cywilnego są instytucjami młodymi. Na Śląsku powstały w 1874 roku, w pozostałych regionach Polski jeszcze później. Pozostają więc parafie. Trzeba wiedzieć, w jakiej parafii dane wydarzenie miało miejsce. Jest to takie żmudne poszukiwanie, krok po la-oku cofając się wstecz.

R: Życzę Panu dotarcia do "dagome iudex" serdecznie dziękuję za rozmowę.

 

Z panem Ivo Łaborewiczem rozmawiał Ryszard Sos

 

Powrót na stronę poprzednią [Powrót